Dobra postanowione. Próbujemy.
Po pierwszych sukcesach na zawodach lokalnych zdecydowaliśmy, że spróbujemy na zawodach rangi krajowej. Jedyne jakie do tej pory zawody, o których słyszeliśmy to te na których byli reprezentanci naszego klubu. A byli w Pleszewie. Pod tą tajemniczo brzmiąco nazwą kryły się zawody, na których podczas wchodzenia zawodników na salę, przed rozpoczęciem każdej konkurencji, grano początek utworu „Eye of the tiger”. Ulubionej piosenki mojej córki.
Jeszcze wtedy przyjęliśmy zasadę, że startujemy w dwóch kategoriach kata i jednej kumite. Twardziele.
No ale żeby do tego dojść trzeba uzupełnić przed konkurencją kartkę z numerem i nazwą kata jakie się wykonuje w pierwszej rundzie. Jeśli wygra się walkę i przejdzie dalej, wypełnia się kolejną pozycję wskazując jakie kata będzie robił zawodnik. Po pierwsze po to aby wpisać tą informację do systemu a po drugie aby nie zmienić zdania co do kata po tym jak obejrzy się co robi przeciwnik. Dlatego kartki wypełnia się przed każdą kolejna walką. Pierwszy raz w życiu widziałem taką kartkę.
– Co to za numer? Pytam Oliwiera.
– Nie wiem. Może numer kolejny kata.
– No to pierwsze czyli 1. No to oczywiste.
Wpisujemy jedynkę. Pół godziny rozgrzewki, oczywiście na sali rozgrzewek. Tam gdzie wszyscy, aby się pokazać. Wychodzimy. Nie tylko grają „Eye of the tiger”, ale jeszcze puszczany jest dym przy wejściu zawodników. Muszę to nagrać. Mamy pierwszą walkę. Spokojnie będzie dobrze. Sędzia idzie w moją stronę. Pokazuje mi kartkę.
– Które kata będzie robił?
– No wpisałem przecież Gojushiho sho.
– Tak ale numer jeden to Anan na liście WKF.
Jakiej liście? Pierwsze słyszę o jakiejś liście.
– Nie mieliśmy listy, nie wiedziałem. Mogę poprawić?
– Nie wiem trzeba zapytać sędziego przy stoliku bo inaczej będzie musiał robić według numeru.
No jak nie ja to kto. Przez środek tych p….. zawodów prosto do sędziowskiego stolika.
– Możemy zmienić numer kata bo nie mieliśmy listy, a jesteśmy pierwszy raz na zawodach i nie wiemy jak to się odbywa.
– Nie ma problemu.
Uff udało się. Lecę do Oliwiera.
– Ty, jest jakaś lista kata według której trzeba robić, musimy ją zdobyć.
– Tato Ty wiesz z kim gadałeś?
– Z kim?
– To sędzia główny tych zawodów.
– No to dobrze, zaraz zobaczy jak się robi kata.
No i zobaczył. Ale jakoś nie podzielił mojego zachwytu. Kilka miesięcy później obejrzałem nagranie, co zawsze robię w celach szkoleniowych. Oglądamy co robimy źle i co możemy poprawić. No i już wiedziałem dlaczego sędzia nie był zachwycony. Nie omieszkałem półtorej roku później, jak wracaliśmy z największych zawodów w Polsce, wypomnieć Oliwierowi, jakiego wstydu mi narobił swoim wykonaniem kata.
Choć jak on to skwitował:
– Tato nie wiem kto komu tam większego wstydu narobił. Myślałem, że się zapadnę pod ziemie jak biegałeś po tej hali. Ale fakt, wywalczyłeś to co chciałeś.
– Widzisz, jak Ci na czymś zależy to walcz o to bez względu na wstyd jaki czasami towarzyszy Twojemu działaniu.
Odpadliśmy w pierwszej walce w obu kategoriach wiekowych kata. Jechaliśmy tylko 250 kilometrów, żeby wyjść na tatami i po czterech minutach zakończyć rywalizację. W kumite Oliwier nie wiedział nawet kiedy przeciwnik zdobywał punkty. Po tej walce stwierdziliśmy, że specjalizacja zawodników w poszczególnych konkurencjach istnieje nie bez przyczyny. Postanowiliśmy również, że od tej pory startujemy tylko w kata. Bo wstyd jaki towarzyszył walce w kumite był zdecydowanie za duży do zaakceptowania, nawet jakby nam bardzo zależało.
Poza tym zabraliśmy ze sobą dziewczyny, które zostały w hotelu w Kaliszu. Problem w tym, że w kwietniu było jeszcze zimno a w hotelu już nie grzali. Dziewczyny dogrzewały się siedząc cały dzień w galerii, a do tego my mieliśmy im oznajmić, że przegraliśmy z kretesem wszystko co było do przegrania. Swoją drogą wybierając hotel w Kaliszu warto pamiętać, że Kalisz posiada swoją nie tyle mroczną co chłodną stronę.