Karate towarzyszy mi od czasu zakończenia studiów. Po różnych życiowych przejściach stwierdziłem, że muszę coś robić poza chodzeniem do pracy. Zawsze byłem aktywny i zawsze myślałem o karate ale tam skąd pochodzę nie było w pobliżu żadnego tego typu klubu. Rozpocząłem treningi w Lądeckim Klubie Karate Kyokushin. Tu trenowałem z przerwami około sześciu lat. Po przeprowadzce w Góry Izerskie, zacząłem poszukiwania podobnego klubu. Na miejscu funkcjonował Klub Sportowy Samuraj w Lubaniu. Dyscyplina karate Shotokan. Poczytałem, pomyślałem i stwierdziłem, że dobre i to żeby się poruszać. Może to i dla dziadków bo bez kontaktu ale warto spróbować. Moje podejście trochę zostało zweryfikowane z biegiem czasu, ale o tym innym razem. Okazało się, że klub prowadzi też zajęcia z samoobrony i tzw. Combat. Czyli można było powalczyć między sobą na treningach po zgłębieniu pewnych technik. To już bliżej Kyokushinu, bo był kontakt. Zabawa trwała do momentu, kiedy Oliwier skończył pięć lat. Wtedy postanowiłem, że zapiszę go na zajęcia karate Shotokan. Żeby było mu raźniej postanowiłem chodzić razem z nim. Stwierdziłem, że skoro mi podobają się dyscypliny związane ze sztukami walki to każdemu będą się podobać.
Jednak z Oliwierem było trochę inaczej. Po trzech latach znudził się monotonnymi treningami. Zamiast zacząć brać udział w zawodach, jak robi wielu zawodników, na co liczyłem, zrobił sobie przerwę w karate i zaczął uprawiać piłkę nożną. Osobiście była to dla mnie porażka bo trenowałem z nim od najmłodszych lat. Ale uszanowałem jego decyzję. Wspierałem w nowej dyscyplinie.
I myślę, że to ważny moment w karierze każdego sportowca. Zwłaszcza w młodym wieku. Już teraz z doświadczenia wiem, że trzeba pozwolić dziecku poszukiwać swojej drogi i dyscypliny. Jeśli tylko zostaje przy sporcie to nie ma większego znaczenia przy jakim. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach kiedy aktywność fizyczna naszych dzieci jest mocno ograniczona. Można oczywiście zmusić dziecko do uprawiania konkretnej dyscypliny sportu. Ale nie raz słyszałem historię, kiedy dzieci dorastały i w pewnym momencie mówiły nie chce już, robiłem to tylko dla Ciebie mamo, tato.
Oliwier szukał czegoś co da mu satysfakcję. I miał do tego prawo. Niestety drużyna piłki nożnej przegrywała, chciałem napisać większość, ale tak naprawdę przegrywała wszystkie mecze i to często wynikiem dwucyfrowym nie zdobywając żadnej bramki. To było frustrujące i po roku czasu zaczęło go to denerwować.
Ja nie poddając się zaciągnąłem jego młodszą siostrę Hanię, jak tylko skończyła pięć lat, na pierwszy trening karate. Trenowałem razem z nią. Dotrwaliśmy razem do pierwszych zawodów klubowych. Na nich Hania zdobyła pierwsze miejsce w swojej kategorii i przywiozła puchar do domu. Dodam tylko, że na zawodach karate puchar dostaje się tylko za pierwsze miejsce, a medale za drugie i trzecie miejsce. To był moment zwrotny, w którym Oliwier zazdroszcząc siostrze pucharu, którego on nigdy nie zdobył, wrócił na treningi karate. Ale te treningi wyglądały już zupełnie inaczej.
Był zafascynowany kata, pomimo tego, że ma idealne warunki do kumite, czyli do walk. Tak tylko dla przypomnienia. Zaczął uczyć się z Internetu układów, których nie uczono na treningach w klubie. Obserwując najlepszych zawodników na świecie potrafił nauczyć się jednego układu w krótkim czasie. Szlifowanie trwało zdecydowanie dłuższy czas. Ale podstawy już były.
Dla nas rodziców ważne było, że ma pasję i poświęca się czemuś w wolnym czasie. Nie ważne aby wygrywał. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było, kiedy Oliwier miał trudną sytuację w szkole, trochę narozrabiał. Oberwało mu się też od nas. Wtedy też wrócił do treningów karate jako jednej z formy produktywnego spędzania czasu. Był trochę przybity. Potrzebował czegoś co pozwoli mu znów uwierzyć w siebie.
Pojechaliśmy na zawody Mikołajkowe do Karkonoskiego Klubu Karate. W jego kategorii startowało kilka osób. W tym trzech chłopaków, którzy od początku zawodów obserwowali Oliwiera i podśmiewali się z niego patrząc jak robi to swoje wyuczone z Internetu kata. Na szczęście Oliwier jak już coś robił starał się to robić dobrze. Tym razem było podobnie. Sędziowie docenili jego zapał. Wygrał ze wszystkimi przeciwnikami zdobywając pierwsze miejsce. Miny prześmiewców bezcenne.
Wracając do domu, jak dzieci zasnęły ze zmęczenia zapytałem żony:
– Też to widziałaś. Jak się naśmiewali?
– Tak, bardzo chciałam żeby wygrał. To doda mu skrzydeł i pomoże trochę uwierzyć w siebie.
Patrząc z perspektywy rodzica, żadna wygrana do tej pory nie była tak znacząca i wartościowa jak ta, która wtedy pozwoliła mu uwierzyć w siebie. Nie tylko w karate ale przed wszystkim w życiu.