Warsaw Open 2025

Po tym jak dowiedzieliśmy się że istnieje lista zawodów rankingowych, które należy zaliczyć aby zbierać punkty, a tym samym móc w ogóle marzyć o kadrze Polski, zapisujemy się na wszystkie zawody rankingowe od początku roku. Tym razem Warsaw Open.

Jedziemy z nastawieniem takim jak zawsze. Wygrać pierwszą walkę. Później zobaczymy co dalej. Na razie nie udało nam się tego osiągnąć. Po ostatnich zawodach to nasz główny cel. To pierwsze dla nas zawody rankingowe w tym roku. Przegraliśmy ostatnio w Lutyni z Leonem i zastanawiamy się kiedy uda nam się wygrać z faworytem i czy w ogóle. Ale wszystko w swoim czasie.

Kategoria U16. W pierwszej walce przegrywamy. Obserwuję walkę z trybun. To pierwsze zawody gdzie nie udało mi się załatwić wejściówki do strefy startów. Pani na bramkach jest nieubłagana i nie pozwala mi wejść. Oliwier bierze ze sobą telefon i dzwoni przed każdą rundą aby ustalić co w następnej rundzie. W tym wypadku nie było ich dużo. Ale plan nie był najgorszy. Trzeba było tylko wygrać więcej niż jedną walkę. Co tym razem się nie udało.

Oliwier zaczął od Ohan dai, kata stylu Ryuei-ryu. Mimo, że przegrał to uwagę na niego zwrócił trener klubu UKS Grodzisk Mazowiecki. Podszedł do niego i poprawił kilka ruchów, który nie były prawidłowe.

– Trenujesz ten styl. Zapytał.

– Nie shotokan. Tego uczę się z internetu.

– To widać. Zapraszam do nas na zgrupowanie. Skwitował.

Dowiedzieliśmy się, że tym trenerem był Piotr Koryczan. Dyrektor sportowy Polskiej Unii Karate. Później okaże się, że pomógł nam nie pierwszy raz, a na niektórych zawodach będziemy czuli się jakbyśmy startowali pod barwami klubu z Grodziska Mazowieckiego.

W kategorii U18 podobna sytuacja. W pierwszej walce przegrywamy i odpadamy.

Wracając do domu rozmawiamy o tym, że ktoś zauważył to co robimy. Przede wszystkim to, że robimy coś innego niż wszyscy i wszechstronność jaką prezentuje Oliwier. Planujemy, że jak tylko będzie zgrupowanie o którym mówił trener z Grodziska na pewno się na nie wybierzemy. Pomimo kolejnych przegranych motywację mieliśmy dużą. Analizy w trakcie drogi do domu, za każdym razem zresztą, dawały nadzieję na ewentualny sukces. Poza tym zawsze patrzyliśmy na postęp w punktach jakie otrzymywaliśmy za walki, a te systematycznie rosły. Wiedzieliśmy, że był to wynik systematycznego treningu, choć nie był on jeszcze na tyle profesjonalny jakbyśmy chcieli. Na obecnym etapie nie wiedzieliśmy jeszcze jak tego dokonać.

Polish Open 2024

Kolejne duże zawody o których się dowiedzieliśmy to Polish Open. Otwarte zawody rangi mistrzostw Europy w Bielsku-Białej. Już po przyjeździe zachwyciła nas duża hala, a ilość zawodników następnego dnia wprawiła nas w osłupienie.

Tutaj konkurencja jest dużo większa. Wygrać choć jedną walkę to największe marzenie. Wiemy, że nie mamy większych szans. Ale jak to mówią nadzieja umiera ostatnia. Ćwiczyliśmy całe wakacje. Musi być jakiś efekt tych naszych ćwiczeń.

Jeszcze wtedy nie do końca rozróżniamy kategorie, w których mamy startować. Do tej pory na zawodach były U16, U18. Teraz pojawiły się nazwy Cadet i Junior. Trener zgłasza nas do Juniora. Jesteśmy przekonani, że to prawidłową kategoria. Jak się okazało, niestety nie. Jesteśmy zapisani do kategorii starszej. No cóż wtedy i tak wystartowaliśmy w błogiej nieświadomości, że Ci wszyscy więksi i silniejsi przeciwnicy to Ci, którym mamy kiedyś dorównać.

Obserwujemy zawodników i próbujemy zgadywać z kim mamy pierwsza walkę. Wiemy tylko, że jest Słowakiem. Po dłuższym obstawianiu typujemy prawidłowego zawodnika. Po rozgrzewce wiemy już, że kata robi dobrze.

– No to co Unsu? (Kata ze stylu Shotokan). Pytam Oliwiera, choć znam odpowiedź.

– Nie mam nic lepszego.

– To zrób najlepiej jak potrafisz.

W końcu nasza walka. Oliwier zaczyna jako pierwszy. Widzę kątem oka, że jego przeciwnik patrzy i grzeje się w rogu tatami. To daje mi nadzieję, że jednak trochę obawia się Oliwiera. Wykonał to kata w bardzo dobrym stylu.

Teraz kolej Słowaka. Robi Papuren (kata ze stylu Shito-ryu). Pierwszy raz widzimy takie kata. I obserwujemy z otwartymi ustami. No on chyba nigdy nie skończy. Myślę sobie patrząc na to ile trwa wykonanie tego kata. W końcu skończył. Raczej wiem, że wynik jest przesądzony ale nadzieję mam do końca. Niestety Słowak wygrywa. Zasłużenie zresztą.

Oliwier schodzi z tatami.

– Widziałeś co on robi? Rewelacyjne to kata. Muszę się go nauczyć.

– Też dobrze robiłeś. Mówię do Oliwiera. Nie jest Ci przykro?

– Trochę ale widziałem jak robił. Był naprawdę dobry. Myślę, że przejdzie dalej.

Faktycznie Słowak wygrał jeszcze dwie walki.

Podziwiałem wtedy Oliwiera za to jego podejście. Widziałem, że było mu smutno ale chwilę posiedział po czym mówił. Dobra muszę więcej ćwiczyć i już wiem co muszę zmienić. Postanowiłem wtedy, że będę go wspierał do momentu, kiedy będzie miał ten zapał. Bez względu na wyniki. Nie wiedziałem tylko, że to potrwa aż tak długo.

Wracając do domu rozmawialiśmy o poziomie na zawodach i wszystkim co musimy zrobić aby spróbować cokolwiek powalczyć na zawodach takiej rangi.

Powiedziałem wtedy Oliwierowi o moich spostrzeżeniach. Miałem je już wcześniej. Wynikały ze startów w różnych zawodach a dziś potwierdziły się po raz kolejny.

– Boisz się jak wychodzisz na matę? Zapytałem.

– No zawsze się stresuję.

– Wiem, to widać. Ale powiem Ci coś. Pamiętaj o tym, że nie tylko Ty się boisz. Każdy z Twoich przeciwników, który wychodzi na tatami się stresuje. Tak jest przy każdej walce. Weź to pod uwagę następnym razem. Ten Słowak dzisiaj jak zobaczył jak robisz Unsu też zaczął się dogrzewać. Myślę, że bał się, że przegra.

– Dobrze, spróbuję o tym pamiętać.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że moje słowa zapadną mu tak głęboko w pamięci, że przypomni mi je później przy sytuacji poza zawodami, a ja będę bardzo dumny, że mogłem go czegoś nauczyć. Zresztą to, że wziął sobie te słowa do serca było coraz bardziej widać podczas kolejnych startów. Być może nie od razu dających nam miejsce na podium ale pozwalającym zdobywać pojedyncze chorągiewki lub większe ilości punktów, a tym samym zwiększające pewność Oliwiera podczas zawodów.

Nasze pierwsze duże zawody.

Dobra postanowione. Próbujemy.

Po pierwszych sukcesach na zawodach lokalnych zdecydowaliśmy, że spróbujemy na zawodach rangi krajowej. Jedyne jakie do tej pory zawody, o których słyszeliśmy to te na których byli reprezentanci naszego klubu. A byli w Pleszewie. Pod tą tajemniczo brzmiąco nazwą kryły się zawody, na których podczas wchodzenia zawodników na salę, przed rozpoczęciem każdej konkurencji, grano początek utworu „Eye of the tiger”. Ulubionej piosenki mojej córki.

Jeszcze wtedy przyjęliśmy zasadę, że startujemy w dwóch kategoriach kata i jednej kumite. Twardziele.

No ale żeby do tego dojść trzeba uzupełnić przed konkurencją kartkę z numerem i nazwą kata jakie się wykonuje w pierwszej rundzie. Jeśli wygra się walkę i przejdzie dalej, wypełnia się kolejną pozycję wskazując jakie kata będzie robił zawodnik. Po pierwsze po to aby wpisać tą informację do systemu a po drugie aby nie zmienić zdania co do kata po tym jak obejrzy się co robi przeciwnik. Dlatego kartki wypełnia się przed każdą kolejna walką. Pierwszy raz w życiu widziałem taką kartkę.

– Co to za numer? Pytam Oliwiera.

– Nie wiem. Może numer kolejny kata.

– No to pierwsze czyli 1. No to oczywiste.

Wpisujemy jedynkę. Pół godziny rozgrzewki, oczywiście na sali rozgrzewek. Tam gdzie wszyscy, aby się pokazać. Wychodzimy. Nie tylko grają „Eye of the tiger”, ale jeszcze puszczany jest dym przy wejściu zawodników. Muszę to nagrać. Mamy pierwszą walkę. Spokojnie będzie dobrze. Sędzia idzie w moją stronę. Pokazuje mi kartkę.

– Które kata będzie robił?

– No wpisałem przecież Gojushiho sho.

– Tak ale numer jeden to Anan na liście WKF.

Jakiej liście? Pierwsze słyszę o jakiejś liście.

– Nie mieliśmy listy, nie wiedziałem. Mogę poprawić?

– Nie wiem trzeba zapytać sędziego przy stoliku bo inaczej będzie musiał robić według numeru.

No jak nie ja to kto. Przez środek tych p….. zawodów prosto do sędziowskiego stolika.

– Możemy zmienić numer kata bo nie mieliśmy listy, a jesteśmy pierwszy raz na zawodach i nie wiemy jak to się odbywa.

– Nie ma problemu.

Uff udało się. Lecę do Oliwiera.

– Ty, jest jakaś lista kata według której trzeba robić, musimy ją zdobyć.

– Tato Ty wiesz z kim gadałeś?

– Z kim?

– To sędzia główny tych zawodów.

– No to dobrze, zaraz zobaczy jak się robi kata.

No i zobaczył. Ale jakoś nie podzielił mojego zachwytu. Kilka miesięcy później obejrzałem nagranie, co zawsze robię w celach szkoleniowych. Oglądamy co robimy źle i co możemy poprawić. No i już wiedziałem dlaczego sędzia nie był zachwycony. Nie omieszkałem półtorej roku później, jak wracaliśmy z największych zawodów w Polsce, wypomnieć Oliwierowi, jakiego wstydu mi narobił swoim wykonaniem kata.

Choć jak on to skwitował:

– Tato nie wiem kto komu tam większego wstydu narobił. Myślałem, że się zapadnę pod ziemie jak biegałeś po tej hali. Ale fakt, wywalczyłeś to co chciałeś.

– Widzisz, jak Ci na czymś zależy to walcz o to bez względu na wstyd jaki czasami towarzyszy Twojemu działaniu.

Odpadliśmy w pierwszej walce w obu kategoriach wiekowych kata. Jechaliśmy tylko 250 kilometrów, żeby wyjść na tatami i po czterech minutach zakończyć rywalizację. W kumite Oliwier nie wiedział nawet kiedy przeciwnik zdobywał punkty. Po tej walce stwierdziliśmy, że specjalizacja zawodników w poszczególnych konkurencjach istnieje nie bez przyczyny. Postanowiliśmy również, że od tej pory startujemy tylko w kata. Bo wstyd jaki towarzyszył walce w kumite był zdecydowanie za duży do zaakceptowania, nawet jakby nam bardzo zależało.

Poza tym zabraliśmy ze sobą dziewczyny, które zostały w hotelu w Kaliszu. Problem w tym, że w kwietniu było jeszcze zimno a w hotelu już nie grzali. Dziewczyny dogrzewały się siedząc cały dzień w galerii, a do tego my mieliśmy im oznajmić, że przegraliśmy z kretesem wszystko co było do przegrania. Swoją drogą wybierając hotel w Kaliszu warto pamiętać, że Kalisz posiada swoją nie tyle mroczną co chłodną stronę.

Trochę teorii.

Oliwier, trenuje karate sportowe. Co to takiego?

Jak podpowiada Internet. To dynamiczna, nastawiona na rywalizację odmiana sztuki walki. Skupia się na zdobywaniu punktów w kontrolowanych warunkach, a nie na samoobronie. W Polsce rozwój tej dyscypliny koordynuje Polska Unia Karate.

Dwie główne konkurencje tej dyscypliny sportu to kumite (walka) i kata (formy).

W kumite zawodnicy walczą ze sobą na macie (tatami), stosując techniki nożne i ręczne. Punkty przyznawane są za precyzję, szybkość i kontrolowany kontakt (w zależności od federacji). Kata to pokaz precyzyjnie określonych układów technik obronnych i atakujących, wykonywanych przeciwko wyimaginowanym przeciwnikom. Oceniane są m.in. siła, rytm i poprawność ruchów. To tak zwana walka z cieniem.

Podsumowując karate sportowe to takie karate bez kontaktu. Może się wydawać, że w takim razie to łatwe. Ale zatrzymanie ciosu w odpowiedniej odległości przed przeciwnikiem aby był on zaliczony jest zdecydowanie trudniejsze niż jego niezatrzymywanie.

Tyle teorii. A jak jest w rzeczywistości?

Większość zawodników, zaczyna swoją przygodę w klubach sportowych, w których mimo wszystko zaczyna się naukę karate od podstaw. A podstawy karate to przede wszystkim dyscyplina, wzajemny szacunek, wiedza na temat korzeni sztuk walki i mimo wszystko kontakt w celu nauki obrony przed atakiem. Bo aby nauczyć się unikać kontaktu musimy najpierw sprawdzić jak to boli. Podobnie jest w życiu. Zdarza nam się czasami skrzywdzić kogoś nieświadomie do momentu kiedy nie doświadczymy jego bólu spowodowanego naszym zachowaniem. Choć zdarzają się niereformowalne wyjątki. Zarówno w życiu jak i w sztukach walki.

Większość przyszłych zawodników jak już znudzi się podstawami karate zaczyna poszukiwać swojej szansy na zawodach. Są one nieodzowną częścią sztuk walki. Zwłaszcza karate sportowego. Nic tak nie rozwija młodego zawodnika poza odpowiednim treningiem jak udział w zawodach. Uczy panowania nad emocjami oraz stresem, akceptowania porażek i szacunku do wygranej.

Jak to jest podczas zawodów? Opiszę krótko, aby wiadomo było a czym mowa w kolejnych wpisach.

Na macie zwanej tatami jest pięciu sędziów. Jeden główny i czterech pomocniczych. Każdy z nich dzierży w rękach dwie chorągiewki. Jedna koloru czerwonego (po japońsku AKA), druga niebieskiego (AO). Zawodnicy ubrani są w białe stroje zwane karate-gi (często potocznie nazywane kimonem, ale to niepoprawna nazwa, choć sam często takiej używam). Karategi są białe, a pasy, napięstniki, ochraniacze są koloru czerwonego i niebieskiego. Po tym sędziowie rozróżniają, który zawodnik jest który. Każdy kolor ma też swoje miejsce na tatami, to znaczy stronę po której rozpoczyna walkę.

W przypadku kumite (walki) punkty dostaje się za każdą prawidłowo wykonaną technikę. Ciekawostką jest, że na zawodach wyższej rangi jak mistrzostwa świata czy Premier League, organizowanych kilka razy w roku, możliwe jest użycie VAR w celu sprawdzenia czy daną technikę można zaliczyć. Na tego typu zawodach sędziowie dzierżą w dłoniach małe urządzenia, na których przyciskają przycisk zamiast podnosić do góry chorągiewkę. W kumite główny sędzia podąża za zawodnikami a pozostali siedzą w rogach tatami.

W konkurencji kata wszyscy sędziowie siedzą. W rogach tatami, w przypadku chorągiewek lub za stołem w przypadku elektronicznego systemu sędziowania. W tym przypadku ocena wykonania pokazu jest zupełnie subiektywna. Każdy sędzia wskazuje zawodnika, którego wykonanie kata bardziej mu się spodoba. Jak w łyżwiarstwie figurowym na przykład. Oczywiście, są ogólne zasady oceny i w przypadku dużych różnic w wykonaniu, dużej ilości potknięć, zawahań lub pomyłki wynik jest zazwyczaj przesądzony. Ale kiedy wykonanie przez obu zawodników jest zbliżone to wybierany jest ten, który bardziej się spodoba, czyli lepiej się sprzeda. Znów jak w życiu. Ważne jest, że trzeba mieć przygotowane minimum pięć różnych kata. Po ich wykonaniu, jeśli przechodzi się dalej kata można powtarzać.

W przypadku obu konkurencji najczęściej zawody rozgrywane są w systemie pucharowym, czyli zawodnik odpada z rywalizacji po pierwszej porażce. Wyjątek stanowią zawodnicy, którzy przegrali z finalistami. Oni spotykają się w walce o drugie, trzecie miejsce. Tym samym nie ma miejsca czwartego, jest od razu piąte.

To ogólne zasady panujące na zawodach w karate sportowym. Tak aby było wiadomo o czym czasami piszę. Wyszedłem z założenia, że każdy powinien mieć minimalne pojęcie zanim przejdziemy dalej. I jak mówią mądry Polak po szkodzie. Bo ja przystępując do rywalizacji razem z synem jako jego wsparcie podczas zawodów takiego pojęcia nie miałem.

Jak to się zaczęło.

Karate towarzyszy mi od czasu zakończenia studiów. Po różnych życiowych przejściach stwierdziłem, że muszę coś robić poza chodzeniem do pracy. Zawsze byłem aktywny i zawsze myślałem o karate ale tam skąd pochodzę nie było w pobliżu żadnego tego typu klubu. Rozpocząłem treningi w Lądeckim Klubie Karate Kyokushin. Tu trenowałem z przerwami około sześciu lat. Po przeprowadzce w Góry Izerskie, zacząłem poszukiwania podobnego klubu. Na miejscu funkcjonował Klub Sportowy Samuraj w Lubaniu. Dyscyplina karate Shotokan. Poczytałem, pomyślałem i stwierdziłem, że dobre i to żeby się poruszać. Może to i dla dziadków bo bez kontaktu ale warto spróbować. Moje podejście trochę zostało zweryfikowane z biegiem czasu, ale o tym innym razem. Okazało się, że klub prowadzi też zajęcia z samoobrony i tzw. Combat. Czyli można było powalczyć między sobą na treningach po zgłębieniu pewnych technik. To już bliżej Kyokushinu, bo był kontakt. Zabawa trwała do momentu, kiedy Oliwier skończył pięć lat. Wtedy postanowiłem, że zapiszę go na zajęcia karate Shotokan. Żeby było mu raźniej postanowiłem chodzić razem z nim. Stwierdziłem, że skoro mi podobają się dyscypliny związane ze sztukami walki to każdemu będą się podobać.

Jednak z Oliwierem było trochę inaczej. Po trzech latach znudził się monotonnymi treningami. Zamiast zacząć brać udział w zawodach, jak robi wielu zawodników, na co liczyłem, zrobił sobie przerwę w karate i zaczął uprawiać piłkę nożną. Osobiście była to dla mnie porażka bo trenowałem z nim od najmłodszych lat. Ale uszanowałem jego decyzję. Wspierałem w nowej dyscyplinie.

I myślę, że to ważny moment w karierze każdego sportowca. Zwłaszcza w młodym wieku. Już teraz z doświadczenia wiem, że trzeba pozwolić dziecku poszukiwać swojej drogi i dyscypliny. Jeśli tylko zostaje przy sporcie to nie ma większego znaczenia przy jakim. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach kiedy aktywność fizyczna naszych dzieci jest mocno ograniczona. Można oczywiście zmusić dziecko do uprawiania konkretnej dyscypliny sportu. Ale nie raz słyszałem historię, kiedy dzieci dorastały i w pewnym momencie mówiły nie chce już, robiłem to tylko dla Ciebie mamo, tato.

Oliwier szukał czegoś co da mu satysfakcję. I miał do tego prawo. Niestety drużyna piłki nożnej przegrywała, chciałem napisać większość, ale tak naprawdę przegrywała wszystkie mecze i to często wynikiem dwucyfrowym nie zdobywając żadnej bramki. To było frustrujące i po roku czasu zaczęło go to denerwować.

Ja nie poddając się zaciągnąłem jego młodszą siostrę Hanię, jak tylko skończyła pięć lat, na pierwszy trening karate. Trenowałem razem z nią. Dotrwaliśmy razem do pierwszych zawodów klubowych. Na nich Hania zdobyła pierwsze miejsce w swojej kategorii i przywiozła puchar do domu. Dodam tylko, że na zawodach karate puchar dostaje się tylko za pierwsze miejsce, a medale za drugie i trzecie miejsce. To był moment zwrotny, w którym Oliwier zazdroszcząc siostrze pucharu, którego on nigdy nie zdobył, wrócił na treningi karate. Ale te treningi wyglądały już zupełnie inaczej.

Był zafascynowany kata, pomimo tego, że ma idealne warunki do kumite, czyli do walk. Tak tylko dla przypomnienia. Zaczął uczyć się z Internetu układów, których nie uczono na treningach w klubie. Obserwując najlepszych zawodników na świecie potrafił nauczyć się jednego układu w krótkim czasie. Szlifowanie trwało zdecydowanie dłuższy czas. Ale podstawy już były.

Dla nas rodziców ważne było, że ma pasję i poświęca się czemuś w wolnym czasie. Nie ważne aby wygrywał. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak było, kiedy Oliwier miał trudną sytuację w szkole, trochę narozrabiał. Oberwało mu się też od nas. Wtedy też wrócił do treningów karate jako jednej z formy produktywnego spędzania czasu. Był trochę przybity. Potrzebował czegoś co pozwoli mu znów uwierzyć w siebie.

Pojechaliśmy na zawody Mikołajkowe do Karkonoskiego Klubu Karate. W jego kategorii startowało kilka osób. W tym trzech chłopaków, którzy od początku zawodów obserwowali Oliwiera i podśmiewali się z niego patrząc jak robi to swoje wyuczone z Internetu kata. Na szczęście Oliwier jak już coś robił starał się to robić dobrze. Tym razem było podobnie. Sędziowie docenili jego zapał. Wygrał ze wszystkimi przeciwnikami zdobywając pierwsze miejsce. Miny prześmiewców bezcenne.

Wracając do domu, jak dzieci zasnęły ze zmęczenia zapytałem żony:

– Też to widziałaś. Jak się naśmiewali?

– Tak, bardzo chciałam żeby wygrał. To doda mu skrzydeł i pomoże trochę uwierzyć w siebie.

Patrząc z perspektywy rodzica, żadna wygrana do tej pory nie była tak znacząca i wartościowa jak ta, która wtedy pozwoliła mu uwierzyć w siebie. Nie tylko w karate ale przed wszystkim w życiu.

Po co to wszystko?

Blog ten powstał z potrzeby pokazania drogi chłopca w sporcie. Dokładnie w karate. Chłopca, który jest jednym z wielu trenujących tę dyscyplinę. I podobnie jak wszyscy przeżywa te same emocje, zmaga się z podobnymi problemami i chciałby osiągać jak największe sukcesy.

Pytanie czy może spełnić swoje marzenia trenując i dając z siebie wszystko. Czy to wystarczy. Być może w idealnym świecie tak, ale jak wszyscy wiemy świat taki nie jest. To opowieść o chłopcu, który coraz bardziej zaczyna rozumieć świat dorosłych i rządzące w nim prawa.

To zbiór historii z wyjazdów na zawody oraz treningów pokazujących jak z mało wiedzących adeptów karate staliśmy się specjalistami w tej dziedzinie.

Sytuacje opisane są z perspektywy ojca. Czyli mojej. Osoby, która przeżywa sukcesy i porażki dokładnie tak samo a czasami bardziej niż sam chłopiec. Dlatego wszystkie opisy przedstawiane są jako wspólna praca i wizja. Często zamiast wygrał przeczytacie wygraliśmy.

Bo sport indywidualny to również dyscyplina grupowa. Każdy zawodnik posiada swój team, w którym każda osoba ma swoje zadania. Nawet jeśli tak jak w tym wypadku ja przejmę zadania trenera, kierowcy, sponsora, logistyka i masażysty to nadal potrzebny jest ktoś kto ogarnie zaplecze techniczne i socjalne. Ktoś kto zrobi zakupy przed wyjazdem, wypierze karategi i stroje sportowe. Więc bez mamy Asi ani rusz. Mogłoby się wydawać, że siostra Hania jest zbędna. Nic bardziej mylnego, bo to z zazdrości o zdobyty przez nią puchar Oliwier, bo o nim ta opowieść, wrócił do karate. I tak całą rodziną tworzymy jeden niezbyt duży ale team sportowy, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę.

Sprawę zaczynamy sobie zdawać w momencie kiedy w kieszeni zaczyna brakować gotówki, i tu potrzebni są sponsorzy. O nich też będzie mowa.

Mam nadzieję, że nasze często nieporadne, zwłaszcza w początkowym etapie działania pozwolą Wam nie tylko dobrze się bawić ale dadzą również odpowiedź na pytania, których często brakuje kiedy zamierzamy rozpocząć sportową przygodę z własnym dzieckiem.

Czasami jazda z nami jest szybka więc zapnijcie pasy i ruszamy.